Bądź na bieżąco

Felietony

Dziękuję, Nashville.

Opublikowano

dnia

JEST TO TŁUMACZENIE LISTU PEKKA RINNE, KTÓRY W ORYGINALE UKAZAŁ SIĘ NA ŁAMACH PORTALU THE PLAYERS TRIBUNE

Gdzieś na Florydzie, w Sunrise, w roku 1996 był sobie listonosz.

W jego torbie, pośród setek innych kopert znajdował się list. Był ode mnie.

Koperta zaadresowana była do mojego ulubionego bramkarza: Johna Vanbiesrboucka. W wieku 13 lat miałem na jego punkcie małą obsesję. Ciągle wysyłałem mu kartki, zdjęcia i masę innych podobnych rzeczy. Zawsze, ale to zawsze dostawałem je z powrotem, osobiście przez niego podpisane. Możecie sobie wyobrazić, że dla mnie, chudego bramkarza z Kempele w Finlandii, była to najwspanialsza rzecz na świecie.

Nawet żyjąc 8000 kilometrów dalej, za każdym razem gdy dostawałem list z Florydy, czułem się jakbym był częścią pościgu Panthers za Pucharem Stanleya. Udawałem ruchy Johna grając z kolegami na podjeździe przed domem. Liczyłem minuty do każdego programu o NHL ze skrótami. I marzyłem. Wyobrażałem sobie, że może kiedyś sam zagram o Puchar Stanleya. Tak jak John.

To był początek.

To był start niesamowitej, zmieniającej życie przygody, która zabrała mniej w miejsca, o których nigdy bym nie śmiał nawet pomyśleć i dała mi więcej, niż kiedykolwiek mógłbym komuś oddać.

Ale dziś… dziś nadszedł kres tej podróży.

Odwieszam łyżwy na kołek.

Ta decyzja nie była łatwa. Spędziłem lato w Nashville z moją narzeczoną, Eriką oraz naszym sześciomiesięcznym synem, Paulusem. Fizycznie czuję, że mógłbym jeszcze rywalizować na lodzie na wysokim poziomie. Jednak moja decyzja wychodzi daleko poza sport. Za każdym razem, gdy patrzyłem na mojego synka, na Erikę, czułem się jak ktoś inny, jeśli wiecie o co mi chodzi. Zmieniły się moje priorytety, nawet jeśli ciało czuje inaczej. Kiedy zacząłem myśleć poważniej o nie wracaniu na lód po wakacjach, wiedziałem, że to jest to właściwa decyzja.

Ciągle czuję, że to dobra decyzja. To właściwy czas, by się pożegnać.

Nie mogę jednak odejść bez słowa i opowiedzenia ile znaczy dla mnie czas spędzony w Predators.

Więc Nashville, jeśli chcecie spędzić ze mną jeszcze trochę czasu, zapraszam na kilka opowieści, kilka podziękowań i kilka pożegnań.

„Duży bramkarz, porusza się jak kto, dobrze gra blokerem”

Tak opisywał mnie raport skautów przed draftem w 2004 roku. Szczerze przyznam… że jest dość dokładny. Kiedy dorastałem, grałem w hokeja tak, jakbym ciągle grał z kolegami na podwórku. Jeśli grałeś kiedykolwiek na ulicy, to wiesz jak zachowują się bramkarze: rzucają się na wszystko i wszędzie, bez możliwości płynnego poruszania się od słupka do słupka. Nazywam to „dzikim stylem” bramkarskim.

Przez długi czas, nawet trenując już w klubie, taki właśnie byłem. Nikt nigdy nie uczył mnie jak bronić „tradycyjnie”. Zanim przeniosłem się do Oulu, by grać dla Kärpät, w wieku 17 lat grałem w drużynie zwanej Laser Hockey. LASER. Byli grupą chłopaków, którzy w lecie grali w baseball, a w zimie przenosili się na lodowisko. Dlaczego klub z Laserem w nazwie jest dla mnie ważny? Bo to właśnie tam pokochałem ten sport i odnalazłem radość z jego uprawiania. Zostało to ze mną na zawsze. Nawet kiedy w Kärpäcie trenowaliśmy dwa razy dziennie i miałem dość, za każdym razem przypominałem sobie, jak bardzo uwielbiam hokej.

W Oulu pracowało dwóch trenerów, którzy odegrali ogromną rolę w moim rozwoju. Są to: Erno Moilanen i Ari Hilli. Pomogli mi zrozumieć co to znaczy być zawodowym sportowcem. Ari zresztą do dziś jest moim serdecznym przyjacielem.

Niezwykle ciężko jest przygotować młodego dzieciaka na grę na drugim końcu świata. Ale oni wraz z całym sztabem Kärpät sprawili, że stałem się bramkarzem zdolnym do gry w NHL. Sam bym nigdy nawet o tym nie pomyślał.

„Pekka, masz coś innego do ubrania?”

Wszyscy w drużynie Kärpät wykonali świetną robotę przygotowując mnie do gry w Ameryce Północnej. Ale nikt nie przygotował mnie na to, że mój fiński styl bycia nie będzie zbyt… uniwersalny.

W lecie 2005 roku, kiedy podpisałem kontrakt i miałem zgłosić się w drużynie z Milwaukee by zacząć mój pierwszy sezon w AHL, musiałem poczekać na wizę. Kiedy zespół poleciał do Toronto na kilka dni, by pozałatwiać kilka spraw, spotkałem się z jednym ze skautów Predators, Nickiem Beverleyem. Był świetnym gościem z klasą, który bardzo mi pomógł na początku mojej drogi w Stanach.

Pewnego dnia, podczas tego pobytu w Toronto zadzwonił i powiedział, że on i jego żona Karen chcieliby zabrać mnie na obiad. Żebyście mieli jasność, w tamtym czasie ludzie w Finlandii ubierali się specyficznie. Nosili obcisłe, podarte jeansy, białe buty, obcisłe koszulki z logo w jaskrawych kolorach. Pełen folklor. Niczego nie świadomy zszedłem więc do lobby, by spotkać się z Nickiem ubrany w różową koszulkę, jeansy z dziurami i dziwaczne buty. Jestem pewien, że jakbyście zobaczyli moje zdjęcie z tego dnia, to czulibyście nawet moje perfumy…

Wyszedłem z windy, a Nick czekał ubrany w chinosy, elegancką koszulę. Spojrzał na mnie i… brwi uniosły mu się tak wysoko, że prawie zniknęły…

„Pekka… czy masz coś innego, do ubrania”?

Odpowiedziałem, że nie. Dziwiłem się, co jest nie tak? Myślałem, że ubrałem się modnie!

Nick nie zwlekając zabrał mnie na zakupy, odświeżył garderobę i poszliśmy na ten obiad. Spędziliśmy mimo wszystko naprawdę fajne popołudnie.

Predators to jedna, wielka rodzina.

Ta opowieść z Toronto jest ciągle jedną z moich ulubionych. Nie tylko dlatego, że jest przezabawna, ale także dlatego, że podsumowuje to, czym jest drużyna z Nashville: rodziną. Nick nie znał mnie dobrze. Nie byłem super prospektem ani żadną wschodzącą gwiazdą, a mimo to on i jego żona zajęli się mną. Nigdy tego nie zapomnę. Zanim przyjechałem do Stanów, poznałem trenera bramkarzy Preds, Mitcha Korna, który przyjechał do Oulu ,by zobaczyć jak gram. Byłem w szoku, że pokonał taki kawał drogi, żeby zobaczyć dzieciaka, który raczej zostanie wybrany w późnej rundzie draftu. Zrobił na mnie wielkie wrażenie.

Natomiast już później, kiedy przyjechałem do Nashville na pierwszy obóz treningowy, spotkałem się z Davidem Poile, Rayem Shero i Janne Kekäläinenem, który był wtedy drużynowym skautem na Europę. Obserwowali mnie od kilku lat i powiedzieli, że są pod wrażeniem jak duże postępy robię. Wierzyli we mnie i przedstawili plan mojego dalszego rozwoju. Już wtedy byli przekonani, że będą ważnym członkiem ich zespołu.

Patrząc wstecz, obserwowali mnie, wierzyli we mnie w imię czego? Piętnaście lat przed tym, jak zagraliśmy w Finale Pucharu Stanleya? To szalone. Jak teraz o tym myślę, to zdaję sobie sprawę, jak ciężko jest poskładać to wszystko do kupy w NHL. Aby wszystko działało jak należy, w drużynę należy włożyć ogrom pracy! To nie jest tylko podpisywanie kontraktów, draftowanie i wymiany. To budowa rodziny. I to się w Nashville udało.

Naprawdę w to wierzę.

Mieliśmy świetnych kapitanów.

Miałem szczęście grać z jednymi z najlepszych kolegów z drużyny na świecie. Nie ściemniam. Przez drużynę przewinęło się naprawdę wielu utalentowanych zawodników, ale jeden element pomógł nam stać się kandydatem do Pucharu. To nasi kapitanowie. Przez 17 lat moimi kapitanami byli: Jason Arnott, Shea Weber, Mike Fisher i Roman Josi.

Jason był gościem, które podziwiałem. W moim debiutanckim sezonie starałem się siedzieć cicho i chciałem nauczyć się jak najwięcej o lidze. Jason był jednym z najciężej pracujących zawodników, których spotkałem na swej drodze. Do dziś można odczuć wpływ, jaki miał na tę drużynę.

Shea, chłopie, co ja mogę powiedzieć? Zaczynaliśmy kariery razem, w Milwaukee. W tym momencie muszę to powiedzieć: cała organizacja Admirals jest najlepsza! Jestem niezwykle wdzięczny każdemu z te drużyny i miasta – odegraliście niezwykle ważną rolę w moim życiu. Wiem, że Shea uważa tak samo.

źródło: Pinterest

Kiedy Shea trafił do Nashville, wyniósł ten klub na zupełnie nowy poziom. Gdy odniósł sukces na Olimpiadzie, przyniósł tą radość do naszej szatni. Zawsze trafiał do drużyny All-Stars i emanował pewnością siebie, co miało pozytywny wpływ na nas wszystkich. Kiedy zaczynaliśmy grać nasz najlepszy hokej, on był jedną z głównych tego przyczyn. Był naszym motorem napędowym.

Weber miał także olbrzymi wpływ na społeczność lokalną. Wspólnie wzięliśmy udział w niejednej akcji charytatywnej.

Kolejny zawodnik, który naprawdę rozumiał Nashville? Mike Fisher. Nie mogę o nim mówić bez wspomnienia 2017 roku. Aby w pełni załapać o co mi chodzi, potrzebujecie kontekstu. Jest takie uczucie wokół tego miasta, które poznasz dopiero, kiedy spędzisz tu jakiś czas. Kiedy mówi się o wielkich amerykańskich miastach, mało kto wspomina Nashville. Odwiedziłem wiele miejsc na świecie i muszę Wam powiedzieć: o tym mieście powinno się o tym mówić. Naprawdę na to zasługuje.

I teraz idąc dalej, w play-offs sezonu 2016/17 graliśmy przeciwko Chicago Blackhawks. Wtedy to było CHICAGO! Wielkie Chicago! To była seria przeciwko wielkim gwiazdom, drużynie z historią. Nashville było traktowane jak przystanek na drodze do ich wielkiego triumfu. Mieliśmy być tylko płotkiem, który łatwo przeskoczyć. Wszyscy nas skreślili. Podejrzewam, że 7 na 10 prognoz skazywało nas na pożarcie.

Ale słuchajcie, czy był ktoś w naszej szatni, kto nie pozwalał przestawać nam wierzyć? Że jesteśmy z Nashville i coś nam się należy? To był właśnie Mike. Wierzył w nas, wierzył w to miasto. Prowadził nas do zwycięstw. Kiedy wygraliśmy dwa pierwsze mecze w Chicago, nikt przesadnie nie reagował, nikt nie cieszył się zawczasu, żaden z nas nie myślał o kolejnej rundzie. Bo kiedy mieszkasz w takim mieście i grasz w takiej drużynie… musisz wszystko zdobyć sam. I my to zrobiliśmy.

Cóż, ktoś został zmieciony.

I nie byliśmy to my.

Ta seria z Chicago będzie pamiętana w Nashville już zawsze.

Mimo, że wspomnienia z tamtych play-offs teraz mi się rozmywają, to była naprawdę świetna zabawa. Pamiętam te setki, tysiące fanów na ulicach, których mijałem w drodze na lodowisko podczas Finałów przeciwko Penguins. Byłem wtedy naprawdę dumny z bycia częścią tej drużyny. Nie wszystko jednak poszło po naszej myśli. Ale teraz kiedy o tym myślę, jak blisko zwycięstwa byliśmy… nie żałuję niczego. Czy to ciągle boli? Czy o tym myślę? Oczywiście. Jestem przecież człowiekiem. Dałem z siebie wszystko. My wszyscy daliśmy z siebie wszystko.

Musicie pamiętać, że ta organizacja na Finał Pucharu Stanleya czekała 19 lat.

Ja w bramce byłem od 12.

Ta seria znaczyła dla nas wszystko.

Nie wznieśliśmy pucharu, ale…

zamieniliśmy Nashville w Miasto Hokeja!

Przyszłość

Wiem, że ta drużyna kiedyś znów dojdzie do Finałów. Stanie się tak, ponieważ Predators są w dobrych rękach. Kiedy Mike Fisher odszedł na emeryturę, kapitanem został Josi. Był świetnym kolegom odkąd tylko zjawił się w drużynie. Widziałem jak się rozwija: od wychudzonego chłopaczka ze Szwajcarii z ogromnym talentem, który nie do końca rozumiał co się dzieje w wielkiej lidze, do jednego z najlepszych obrońców na świecie. To było niesamowite móc to obserwować. Shea Weber wziął Josiego pod swoje skrzydła, stał się jego mentorem. Pamiętam jak uczył go ćwiczeń na siłowni, doradzał, poprawiał błędy na lodzie. Coś wspaniałego.

Między innymi dzięki temu Josi jest świetnym liderem tej drużyny. Będzie nim jeszcze bardzo długo.

Potem pojawił się Juuse Saros.

Powiedział mi, że miał na ścianie plakaty z moimi zdjęciami na ścianie za dzieciaka i oglądał moje obrony na YouTubie. Wtedy po raz pierwszy pomyślałem, że koniec mojej kariery jest blisko. (Wskazówka dla sportowców: kiedy gość, który stara się zająć twoje miejsce, mówi ci takie coś, to naprawdę może być czas na emeryturę). Teraz wiem to na pewno, Jusse to kawał bramkarza. Wiedziałem to od momentu, w którym go poznałem. Ma ten szczególny talent, który mają wszyscy wielcy bramkarze: umie śledzić krążek na naprawdę elitarnym poziomie. Wywierał na mnie presję od pierwszego dnia, w którym zjawił się na treningu. Myślę, że gdyby nie on, to nie wygrałbym Nagrody Veziny w 2018 roku. Tak mnie motywował. Jest nie tylko świetnym bramkarzem, ale również super osobą.

Będę tęsknił za staniem między słupkami w Bridgestone Arena. Jednak kiedy będę oglądać mecze Predators w przyszłości i na bramce będzie Jusse Saros, to będę mieć pewność, że strzeże jej odpowiednia osoba.

W tej drużynie grają świetni zawodnicy, tworzą ją wspaniali ludzie. Wszystko co dobre, jeszcze przed tym klubem. To miasto będzie miało kiedyś swoją paradę. Puchar Stanleya przejedzie jego ulicami. Gwarantuję, że również tam będę z całą drużyną.

KONIEC

Erika i Paulus byli na moim ostatnim meczu, w maju. Mogłem im pomachać przez pleksę w trakcie rozgrzewki. Mój syn mimo, że nie będzie tego pamiętać, widział mnie na lodzie w pełnym stroju.

To znaczyło dla mnie bardzo, bardzo wiele…

Cała rozgrzewka… nie będę kłamać, ciężko było uciec od emocji. Nie wiedziałem wtedy jeszcze, czy to na pewno będzie mój ostatni mecz, ale wiedziałem, że taka była możliwość. Nie wpuściłem tamtego wieczoru bramki. Zachowałem czyste konto przed własnymi fanami, w Nashville. Jak w filmie, prawda? Na koniec pomachałem publiczności i chciałem zjechać do szatni… ale wtedy zauważyłem kolegów na ławce, wszystkich z taxi squadu, którzy zeszli na dół. Wskazywali na środek lodu, prosząc bym tam wyjechał. Teraz cieszę się, że tak to się potoczyło. Ponieważ tam na lodzie… ta runda honorowa dookoła, wszystkie okrzyki i wrzawa fanów… to znaczyło wtedy dla mnie wszystko.

Nawet teraz, jak to wspominam, to łza kręci mi się w oku.

Nashville, zapamiętam to uczucie do końca życia.

Będąc tam na lodzie myślałem o wszystkich przeżyciach z tej areny. Myślałem o godzinach spędzonych w innych halach, marząc by ten moment wyglądał właśnie tak. Byłem… byłem po prostu wdzięczny.

Dziękuję: moim rodzicom – Jucce i Helenie, moim siostrom Annie i Paivi. Erice, która jest najlepszą matką na świecie. Moim trenerom z Finlandii. Moim trenerom z Nashville: Trotzowi, Peterowi Laviolette, Johnowi Hynesowi. Moim trenerom bramkarskim – Mitchowi Kornowi i Benowi Vanderklokowi. Davidowi Poile i świetnym właścicielom. Mojemu agentowi, Jayowi Grossmanowi, za prowadzenie i drogowskazy przez te wszystkie lata. Wszystkim pracownikom Bridgestone Arena, którzy uczynili dla mnie ten budynek drugim domem. Sztabowi trenerskiego Predators, za to, że jest najlepszy na świecie i sprawiał, że czułem się superbohaterem każdego dnia.

Dziękuję też wszystkim moim kolegom, z którymi grałem przez te 17 lat. Wielu z Was zostało moimi przyjaciółmi. Wszystkie znajomości będę pielęgnować, obiecuję.

Jednak przede wszystkim jestem wdzięczny mieszkańcom Nashville. Mam nadzieję, że przez ten czas widzieliście z trybun, że chciałem być zawsze dobrym kolegą i gościem, który poświęci temu miastu i tej drużynie całęgo siebie.

To wszystko.

Pomogliście mi stać się mężczyzną, ojcem i osobą, którą jestem dziś.

Mogę tylko powiedzieć: dziękuję.

I do zobaczenia

Pekka

TEKST ORYGINALNIE UKAZAŁ SIĘ NA PORTALU THE PLAYERS TRIBUNE. Wszelkie Prawa Zastrzeżone.

Zdjęcie główne: Official Predators Twitter account.

Czytaj dalej
Kliknij aby skomentować

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Copyright © Hockey Magazine + Agencja Greg Media.