Bądź na bieżąco

Felietony

Nie ważne kiedy. Ważne, że to Puchar Stanleya!

Opublikowano

dnia

Dziś startuje Finał Pucharu Stanleya. 19 września 2020 roku. W normalnych warunkach bylibyśmy w środku obozów przygotowawczych do nowego sezonu, a ja szykowałbym powoli wycieczkę do Finlandii, gdzie swój mecz mieli rozegrać Colorado Avalanche. Ale jesteśmy tu i teraz, po ponad miesiącu oglądania hokeja w wakacje. Nie będę analizować tutaj statystyk czy też gry Dallas Stars oraz Tampa Bay Lightning. Nie będę oceniać szans. Ten tekst będzie o czym innym…

Od momentu zawieszenia sezonu w marcu do dnia dzisiejszego przeszliśmy bardzo długą drogę. Po kilkumiesięcznej przerwie gra została wznowiona w bańkach w Toronto i Edmonton. Ileż było głosów, że to wszystko jest bez sensu. Ileż było mówienia, że ten Puchar będzie bez znaczenia, a zwycięstwo będzie naciągane. Bo przerywany sezon, bo to, bo tamto… Masa osób pukała się w głowy na przeróżne sposoby mówiąc, że najlepiej sezon anulować i grać od nowa w październiku.

Gdzie te osoby były gdy wznawiano rozgrywki? Gdzie są teraz? Przed telewizorami i monitorami komputerów oglądając mecze z wypiekami na twarzy. Albo po prostu pochowali się po kątach nie mówiąc już nic.

Idąc dalej, niektórzy narzekali, że hokej bez kibiców to nie ten sam sport. Mówiono, że te mecze są bez emocji i w zasadzie to taki sparing o jakąś tam naciąganą stawkę. Twierdzono, że spotkania stracą swój urok, a zawodnikom nie będzie chciało się grać. Owszem, mecze każdemu z nas ogląda się inaczej. Przyznać trzeba, że niektóre potyczki oglądało się ciężko. Ale nikt mi nie powie, że zawodnikom na lodzie brakowało ambicji, chęci i samozaparcia. Że komuś się nie chciało grać w zamknięciu i bez kibiców

O zaangażowaniu w mecze niech świadczą chociażby bójki, które widzieliśmy od samego początku „bańkowego hokeja”. Niektórzy zawodnicy grali z kontuzjami i dopiero jak nie mogli już naprawdę grać, to dla własnego dobra rezygnowali z występów. Sceptycy mogą sobie też zapętlić radość Varlamova po meczu nr 5 Finałów Konferencji Wschodniej, kiedy Islanders uniknęli (jeszcze wtedy), eliminacji. Czy tak cieszy się ktoś, komu nie zależy?

Co by wszystkim wątpiącym w wagę tegorocznego Pucharu Stanleya powiedział taki Joe Pavelski z Dallas Stars? Dla niego, jak i dla wielu innych zawodników możliwość grania w Finale przytrafia się być może ostatni raz. Ilu świetnych zawodników o pięknych karierach nigdy w normalnych warunkach nie uniosło Pucharu nad głową? Nie sposób zliczyć… Swoją drogą Pavelski miał nie lada nosa. Doszedł do finału razem z Dallas, ale równie dobrze mógł w nim grać razem z Błyskawicami! Poprzedniego lata będąc wolnym zawodnikiem wybierał między tymi dwoma drużynami. Odwiedził nawet ośrodek Tampy, by zobaczyć jak to wszystko na miejscu wygląda.

Odważę się powiedzieć więcej, bo deprecjonowanie znaczenia tegorocznego zwycięstwa to po prostu bzdura. Stanę w opozycji wobec tych, którzy uważają tegoroczne Finały za farsę.

Puchar Stanleya zdobyty w 2020 będzie jednym z najciężej wywalczonych sportowych trofeów w historii.

Dlaczego?

Odpowiedź jest bardzo prosta. Warunki w jakich gramy są ciężkie i specyficzne. Wygra ten, kto najlepiej do obecnej sytuacji się zaadoptował, zarówno fizycznie, a przede wszystkim psychicznie. Które elementy, wg. mnie, miały niebagatelny wpływ na wygląd tych Play-Offs i czynią te rozgrywki wyjątkowymi?

Po pierwsze: całkowite odizolowanie od świata zewnętrznego. Ci goście od końca lipca nie widzieli na żywo swoich rodzin. Te co prawda, miały do nich dołączyć w ostatnich rundach, ale okazało się to mocno problematyczne, a dużo do powiedzenia w tej kwestii miał też rząd kanadyjski. Na tą chwilę do bańki udało się wejść tylko żonie Justina Dowlinga z ich 5 miesięczną córeczką (stan na 18.09.2020). Oczywiście sporo wśród nich jest też singli, ale oni też mają bliskich, z którymi nie widzieli się od tygodni. W takich warunkach niezwykle ciężko jest skupić się na grze. Owszem, to ich praca i wiedzieli na co się piszą, ale kilku zawodników anonimowo już przyznało, że bywa ciężko.

Po drugie: brak fanów na trybunach. Chyba nigdy nie dowiemy się jaki wpływ tak naprawdę miały puste trybuny na grę poszczególnych drużyn. Czy głośne trybuny, żywiołowo reagujące na każde zagranie i sytuacje kontrowersyjne zmieniłby cokolwiek? Czy brak tego wsparcia w trudnych momentach był odczuwalny? Wielu hokeistów, z Tuukką Raskiem na czele mówiło, że czują się jak na sparingach. Przeważają jednak głosy, że warunki są jakie są, ale ostatecznie i tak każdy musi maksymalnie skupić się na meczu, przez co tło staje się mniej istotne. Osobiście uważam, że „momentum” zgotowane przez kibiców mogłoby mieć wpływ na kilka wyników. Kto wie, może Avalanche grając u siebie mecz nr 7 z Dallas nie zawaliliby końcówki i dogrywki? Może Blues poradziliby sobie z Vancouver, a Capitals mieliby więcej do powiedzenia w serii z Islanders? Ale gramy bez fanów, i trzeba było się do tej sytuacji zaadaptować.

Po trzecie: tempo rozgrywania meczy. Organizacja całego przedsięwzięcia kosztuje ligę krocie. A jak wiadomo obecnie NHL i kluby nie dostają pieniędzy z biletów. Każdy dzień bańki to ogromne pieniądze, w związku z czym za wszelką cenę chciano rozegrać cały „turniej” jak najszybciej.  Na początku przewidywano ostatni mecz finału na 4 października, teraz po kompresji kalendarza do maksimum, ostatni 7 mecz (jeśli do niego dojdzie) zostanie rozegrany 30 września. Wracając do meritum, mordercze tempo rozgrywania meczy powoduje, że nie każdy zawodnik sobie z tą częstotliwością potrafił poradzić, co było czasem widać. Jednym z elementów dotychczasowego sukcesu Stars i Lightning z pewnością było przygotowanie fizyczne całej drużyny. Trzeba było odpowiednio planować treningi, odpoczynek i regenerację. Trenerzy wykonali kawał dobrej roboty!

Finałowy bój między Dallas Stars a Tampa Bay Lightning zapowiada się naprawdę wybornie i emocjonująco. Nie kibicuję tym razem nikomu, a finały będę oglądać dla przyjemności. Naprzeciw staną drużyny, które miały najwięcej determinacji, by w tych przedziwacznych okolicznościach grać w hokeja w zamkniętej bańce. Bitwę o upragnione zwycięstwo stoczą zespoły, które pokonały wszelkie przeciwności losu i najlepiej zaadaptowały się do sytuacji. Zawodnicy, trenerzy i oba sztaby tych klubów wykonały ogrom świetnej roboty. Obojętnie która drużyna odniesie ostateczny triumf, należy jej się ogromny szacunek. Nie deprecjonujmy tego wszystkiego.

Bo to jest Puchar Stanleya.

Najpiękniejsze trofeum Świata.

Czytaj dalej

Copyright © Hockey Magazine + Agencja Greg Media.