Bądź na bieżąco

Kącik Historyczny

Patrick Roy i transfer, który zszokował hokejowy świat – część druga

Opublikowano

dnia

W poprzedniej części tej historii skupiliśmy się na tym, co się działo wewnątrz drużyny Montreal Canadiens i jakie były stosunki Patricka Roy z trenerem Mario Tremblayem. Te drugie były tak naprawdę główną przyczyną odejścia bramkarza z Habs. Jak się okazuje, jeden gest Tremblaya mógł temu zapobiec… Zapraszamy na drugą część tej historii!

W poprzedniej odsłonie zatrzymaliśmy się w momencie, kiedy to Bob Sauve, agent Patricka zabrał go spod  hali w Montrealu do swojego domu. Dodajmy do tego małe post scriptum. Otóż bardzo gorąco było również w szatni Habs, między drugą a trzecią tercją meczu. Do pomieszczenia wparował Tremblay i od razu rzucił  się do Patricka, a cały dialog wyglądał tak:

Tremblay: Co powiedziałeś Coreyowi??

Roy: Słuchaj Mario, porozmawiamy o tym po meczu.

Tremblay: Tak  kurwa, jasne, ty pieprzony dupku!

Roy wstając: Dość tego! Nie będziesz mnie wyzywać od dupków w tej szatni!

Tremblay swoim zwyczajem obrócił się na pięcie i wyszedł…

Tuż po meczu z Detroit

Tak jak już wspominałem w poprzedniej części, Patricka spod hali zgarnął jego agent, Bob Sauve. Całą noc i następny ranek, spędzili na rozmowach w jego domu. Obaj panowie rozważali różne opcje, zastanawiając się co dalej. Sauve chciał jeszcze sprawdzić, czy ta rysa pomiędzy jego klientem a Tremblaya była w jakikolwiek sposób do naprawienia.

Panowie zrobili podsumowanie ostatnich tygodni. Wzięli pod uwagę bezkompromisowe czepialstwo Tremblaya za największe głupoty, opryskliwość, strzelanie krążkami w okolice głowy Patricka na treningach i niepochamowaną chęć pokazania bramkarzowi, gdzie jest jego miejsce. Wyszło, że nie był nic nieodwracalnego. Do dziś Patrick trzyma się swojego zdania:

„Nie mogę powiedzieć, że postawa Mario dotykała mnie w jakiś sposób. Nie powstrzymywało mnie to od ciężkiej pracy. Myślę, że jeśli znów wygralibyśmy jako drużyna, to by mnie docenił. Mógłby nawet mnie polubić.”

Ale w głowie bramkarza ciągle pozostawało upokorzenie przed pełną halą ludzi i milionami przed telewizorami. Dodatkowo Menadżer Generalny drużyny, Rejean Houle, na spotkaniu z Roy i Sauve następnego dnia nie pozostawiał złudzeń. Dojdzie do wymiany. I to w ciągu kilku dni. Mimo wszystko, Houle był wstrząśnięty i mówił to ze łzami w oczach. Ewidentnie wykonywał polecenia kogoś innego. W Montrealu nie było już woli, by spróbować wszystko naprawić. Zdawano sobie sprawę, że walka na ego „Roy vs Tremblay” się nie skończy. Jeśli właścicielowi drużyny, czyli Ronaldowi Careyowi naprawdę by zależało na tym, aby panowie się dogadali, porozmawiałby i z jednym i z drugim. Nieco bardziej musiałby przekonywać zapewne Tremblaya… ale jak wspomniałem, zabrakło woli. Podjęto decyzję, która była jednoznacznym wstawieniem się za trenerem. Podjęto decyzję, przez którą Canadiens cierpią poniekąd po dziś dzień.

Pierwsze dni od katastrofy

To co się wydarzyło, odcisnęło ogromne piętno na Patricku. Był po prostu w żałobie. Poświęcił tej drużynie ostatnie 10 lat swojego życia. Zmagał się z olbrzymią presją i robił wszystko, by wygrywać. Był rozdarty, ponieważ organizacja którą kochał, wyrzekła się go z dnia na dzień.

Patrick płakał wszędzie. W domu, w obecności Sauve i samotnie w samochodzie, kiedy jeździł po okolicy swego nowo wybudowanego domu. Zatrzymywał się obok sąsiadów, Pierra Turgeona czy Mike’a Bossy’ego zastanawiając się, jak to będzie dalej. Przecież ledwo co do jego syna przyszli koledzy, którzy wychowywali się z nim od małego. Wszystko było ułożone tu, w Montrealu. I teraz trzeba będzie się przenieść?

Wojna medialna

Władze Montrealu chciały też za wszelką cenę obarczyć winą za to co się stało Patrcika, starając się wybielić drużynę do cna. Chcieli zrobić wszystko, by nie ucierpiał wizerunek klubu. Cóż, nie do końca się to udało.

Patrick był sportowcem bardzo popularnym i bardzo poważanym. Wiedziano, że Habs będą chcieli go zdyskredytować więc na konferencję prasową, na której Patrick wyjaśnił wszystko co się wydarzyło w meczu z Red Wings, lokalna gazeta Journal de Montreal wysłała swoich najlepszych dziennikarzy. Byli to Rejean Tremblay oraz Bertrand Raymond. W tamtych czasach ich artykuły wywierały ogromny wpływ na opinię publiczną, byli takimi Influencerami swoich czasów.  Oto fragment artykułu, który pojawił się później na łamach gazety:

„Mam nadzieję, że Patrick Roy będzie nadał kochał Canadiens, ale mam również nadzieję, że zrozumie, iż został porzucony przez ludzi, którzy powinni go szanować.

Porzucony przez Ronalda Coreya, który wyrzucił go z Forum.

Porzucony przez Rejeana Houle, który wyrzucił go z Forum.

Porzucony przez Mario Tremblaya, który wyrzucił go  z Forum.

Patrick nigdy, ale to nigdy nie dostał cienia szansy, by się wytłumaczyć, przeprosić i pokazać jak ważny jest dla niego ten klub. Kiedy dzień po meczu z Detroit wszedł do biura Houle’a, to trio miało już podjętą decyzję. Należy pozbyć się czarnej owcy, która hańbi organizację.”

Patrick miał za sobą dziennikarzy. Miał za sobą ludzi. Miał za sobą kolegów z drużyny.

W ciągu najbliższych dni włodarze Canadiens swoimi wypowiedziami nadal starali się oczerniać Roy. Starali  się z niego zrobić samolubnego gościa, który myśli tylko o sobie mając gdzieś całą drużynę. Do tego, sugerowano, że jest w szatni nielubiany. Po raz kolejny, prawda szybko wyszła na jaw.

Wspomniany dziennikarz, Rejean Tremblay spotkał się z kilkoma zawodnikami pytając ich, czy to wszystko prawda. Chciał, aby te wypowiedzi były anonimowe… jednak wszyscy, jak jeden mąż chcieli mówić otwarcie. Oto kilka z wypowiedzi:

Vincent Damphouse: Patrick był  pierwszy, który szedł na wojnę za swoich kolegów. Nie mam żadnych wątpliwości, podkreślam, żadnych, że to świetny kolega i „team player”. Przestańcie gadać bzdury!

Pierre Turgeon: Nie zgodzę się z tym, że Patrick to indywidualista. On jest zwycięzcą, on po prostu nienawidzi przegrywać. W naszej szatni był niepodważalnym liderem.

Brian Savage: Jak dla mnie Patrick to najbardziej zfokusowany na drużynę zawodnik, z jakim miałem przyjemność grać. Miał w głowie tylko jedno: wygrywać! Kiedy wygrywaliśmy, cieszył się nie tylko ze swojego sukcesu, ale przede wszystkim z sukcesu drużyny. Nigdy nie dał po sobie odczuć, że jego wyniki są ważniejsze niż wyniki drużyny.

Czy muszę dodawać coś więcej? Chyba nie. Władze Montrealu kopały pod sobą coraz większy dołek…

6  grudnia 1995

Była 3 rano, kiedy w domu Patricka zadzwonił telefon. Chciał wyjątkowo tego dnia wyłączyć go na noc, ale coś go tknęło i tego nie zrobił. Na linii był Rejean Houle i oznajmił:

„Patrick, będziesz grał w Colorado Avalanache. Wymieniliśmy Ciebie i Mike’a Keana za Jocelyna Thibault, Martina Rucinskiego i Andreia Kowalenkę”.

Patrick był wolny. Koszmar miał się skończyć! Przynajmniej w jednej sprawie włodarze Habs zachowali się taktownie. Spełnili bowiem życzenie jego i Sauve, by trafił do drużyny, która może powalczyć o wyższe cele. Colorado Avalanche taką drużyną byli.

fot. TIM DEFRISCO

Skutki

Na drugi dzień pierwsza strona Journal de Montreal grzmiała: „BĘDZIEMY TEGO ŻAŁOWAĆ”!. Autor artykułu, Bertrand Raymond, niewiele się mylił. Smród po tej wymianie jak i całej aferze ciągnął się za Canadiens jeszcze długo. Właściwie po dziś dzień ciężko im wejść na konkretny poziom. Od sezonu 1995/1996 właściwie tylko dwa razy doszli w Play-Offs do Finału Konferencji. Pierwszy raz udało im się  to dopiero w sezonie 2009/2010, gdzie przegrali z Flyers 1-4, a później w kampanii 2013/2014 (porażka z Rangers 2-4).

Pozostałe lata to albo brak awansów do Play-Offs, albo co najwyżej szybkie porażki w 1 lub 2 rundzie. Przez lata nie udało się w Montrealu stworzyć drużyny, która na poważnie walczyłaby o Puchar Stanleya…

Z kolei Colorado Avalanche zyskali bramkarza, który na lata zapewnił im obecność w czołówce ligi. Jeszcze w tym samym sezonie po przyjściu Patricka do Denver wywalczył on z tą drużyną Puchar Stanleya, nie dając żadnych szans w finale Panterom z Florydy.  Drugi Puchar Avs z Patrickiem w bramce wywalczyli w 2001 roku.

Bez wątpienia, zwycięzcami tej całej afery byli Colorado Avalanche. W Montrealu niestety, zatrudniając żółtodziobów na najważniejsze stanowiska w drużynie, skazali się nie tylko na złość fanów, ale i wieloletnią przeciętność.

Co by było gdyby…

Tak zupełnie na zakończenie. Na początku drugiej części wspomniałem, że temu wszystkiemu dało się zapobiec… W jaki sposób? Otóż wystarczyło, by Mario Tremblay w czasie ferelnego meczu wykonał jeden gest, którego Patrick oczekiwał. Jak później sam przyznał:

„Gdybym otrzymał jakiekolwiek wsparcie od Mario Tremblaya, gdybym czuł, że chce mi  tego dnia pomóc, gdyby chociaż poklepał mnie po ramieniu, to nie podszedłbym do Ronalda Careya.”

Zamiast tego, Roy dostrzegł tylko wywyższającego się, chcącego pokazać kto tu rządzi trenera… Gwiazdorzenie? Nic z tych rzeczy. Ktoś kto nigdy nie był na miejscu zawodnika, któremu danego dnia nie idzie, nie będzie wiedział, że takie małe gesty są po prostu potrzebne…

Czytaj dalej
Kliknij aby skomentować

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Copyright © Hockey Magazine + Agencja Greg Media.