Bądź na bieżąco

Felietony

Słodko-gorzka prawda o Bańkach w NHL – część 1.

Opublikowano

dnia

rogers place

24 drużyny kończyły rozgrywki sezonu 2019/2020 w hokejowej bańce. Dwa miesiące w Miastach Wybranych (dla niektórych oczywiście krócej), to bardzo długi okres. Wiemy, że byli codziennie testowani na Covid-19. Wiemy, że zapewniono im kilka miejsc „rozrywki”. Ale przez bardzo długi okres nie wiedzieliśmy jak im się tam tak naprawdę żyje czy jak się tam czują i radzą w odosobnieniu. Na miejscu nie było tylu dziennikarzy ilu jest ich na co dzień. Aż do teraz.

Dzięki uprzejmości Grega Wyshynskiego (@wyshynski) oraz Emily Kaplan (@emilymkaplan) mogę Wam zaprezentować tłumaczenie ich artykułu o tym, jak naprawdę wyglądało życie w bańce. Ta dwójka świetnych dziennikarzy porozmawiała anonimowo z 9 zawodnikami: pięcioma z Konferencji Zachodniej i czterema z Konferencji Wschodniej. Wypytali ich o wszystko: codzienność w „bubble’u”, o granie w pustych halach, o byciu uwięzionym w hotelach, o jedzenie, picie, a nawet o używki. Przed Wami część pierwsza!

„Uwielbiamy ten sport, i sądzę, że nie ma hokeisty, który nie doceniałby szansy wygrania Pucharu w tym roku. Ale też nie sądzę, by fani zadawali sobie sprawę jak wielkie emocjonalne piętno ‘bańka’ wywarła na niektórych chłopakach: izolacja, przebywanie z dala od naszych rodzin w naprawdę stresującym okresie. Jeśli mam być szczery, po kilku dniach zauważyłem, że kilku kolegów ma zdecydowanie o wiele gorsze humory niż zwykle. Niektórzy byli tak po ludzku smutni.”

Czasem czułem się zbyt bezpiecznie.

Jest jedna rzecz, którą przyznają wszyscy bez wyjątku: czuli się bezpiecznie.

Jeden z zawodników z Zachodu mówi: „Bezpieczeństwo było bardzo przestrzegane. Chłopaki, którzy mieli wątpliwości, szybko przekonali się, że nie mieli się czego obawiać. To było jedno z najbezpieczniejszych miejsc, w jakich mogliśmy być. Obsługa ciągle sprawdzała nasze przepustki, nasze aplikacje ‘Clear App’. Kawał dobrej roboty”

Z kolei zawodnicy ze Wschodu podkreślali, że codzienne testy pozwoliły im poczuć się swobodnie. Tak samo bez wyjątku wszyscy nosili maseczki, co było wg. nich wyrazem wzajemnego szacunku.

„Kiedy szliśmy na lodowisko, czy przechadzaliśmy się po hali przed meczami, robiono nam zdjęcia. Noszenie maseczek przez nas miało więc dodatkowy ważny przekaz. Owszem, to było momentami irytujące, ale przecież oglądają nas dzieciaki. A co powie dziecko, jak zobaczy kogoś bez maseczki? ‘Hej, Auston Matthews nie nosił maseczki, więc ja też nie muszę!”

Jak więc widać, pochwały dla NHL i NHLPA za bardzo dobre „ogarnięcie tematu bezpieczeństwa” nie są bezpodstawne.

„Aż do teraz mamy ciągle zero przypadków zachorowań w bańce i to jest naprawdę imponujący wynik.” – mówi weteran ze Wschodu – „Możemy narzekać na cokolwiek, ale NHL może być z siebie naprawdę dumna. Stanęli na wysokości zadania.”

Ale to poczucie bezpieczeństwa dla niektórych było niestety mało przyjemnym doświadczeniem. Jeden z zawodników z Zachodu miał nawrót klaustrofobii zaraz po przybyciu do bańki.

„Zamknęli nas za płotem, co wywołało w nas uczucie zamknięcia trochę w więzieniu, jak zwierzęta w ZOO. Dziwne uczucie. Nie ma innej opcji, by nas odseparować od świata zewnętrznego, ale niektórym szybko otworzyły się oczy i poczuli się mało komfortowo.”

Wschodni hokeista stwierdził nawet, że „z tym całym płotem, za który nas wsadzili, czułem się nawet zbyt bezpiecznie.”

Przed startem „hokeja w bańce” zastanawiano się, czy ktoś nie będzie próbował się wymknąć, zabawić na zewnątrz czy chociażby odetchnąć. Nikt nawet nie próbował, a wszystkie te spekulacje były zupełnie bezpodstawne, o czym jeszcze opowiemy.

„Jeśli celem tego wszystkiego było dokończenie sezonu i przyznanie Pucharu Stanleya, to tak, to jest sukces. Pobyt i świetna zabawa tutaj? Nie żartujmy. Ale to nie był cel całego przedsięwzięcia”.

„Nie tak jak w reklamie”

Wielu zawodników uważa, że NHL mocno przesadziło mówiąc o wyśmienitym komforcie życia w bańce. Hokeista ze Wschodu uważa nawet, że „Chcieli nas po prostu skłonić do wejścia tutaj. Podsumowałbym to słowami: to nie wygląda tak jak w reklamie.”

Zawodnik z Zachodu wtóruje: „Kiedy już przywykliśmy do grania co drugi dzień, udogodnienia stały się mniej ważne. Ale zdecydowanie dostarczyli nie to co nam sprzedali w obietnicach przed wejściem tutaj.”

W skrócie: NHL sprzedało zawodnikom piękną wizję, poprzedzoną prezentacjami z ekstra obrazkami i mapkami. Efekt końcowy był jedna inny.

„To co nam dostarczyli w porównaniu z tym co nam obiecali wygląda trochę śmiesznie” – mówi kolejny zawodnik ze Wschodu, który był członkiem Komitetu ‘Return-to-play/CBA – „Dostałem materiały z propozycjami dotyczącymi Toronto, które przekazałem dalej kolegom z zespołu. Na początku pomyślałem ‚Wow, to będzie naprawdę fajne!’. Miały być food trucki, restauracje czy sklepy, abyśmy mogli pójść na zakupy. Przyjechaliśmy i co? Od razu pojawiły się pytania: gdzie te sklepy? Gdzie te miejsca do wypoczynku na świeżym powietrzu??”

Na Zachodzie nie było lepiej:

„Wszystko wyglądało ładnie na papierze: wszystkie te restauracje, food trucki, wycieczki, atrakcje, miały dołączyć rodziny… Ale po kilku tygodniach zawodnicy zaczęli dochodzić do wniosku, że te wszystkie obietnice były tylko po to, żebyśmy zgodzili się grać w bańkach. Chyba nie chcieli tego tak naprawdę realizować, wiele spraw utrudniali. To wkurzające, ale co mielimy zrobić?”

Wszystkie te braki i niedociągnięcia doprowadziły nawet do plotek, że niektóre drużyny były nieco lepiej traktowane niż inne. Jeden z zawodników Wschodu powiedział, że pojawiła się nawet zazdrość o dostęp do atrakcji na dachu budynku, inni mieli pretensje o logistykę cateringową (o jakość jedzenia także).

„Niektóre drużyny, takie jak np. Floryda, nie miały z jakiegoś powodu dostępu do niektórych stref. A taki Montreal,  w swojej przestrzeni treningowej miał wrapy, smoothies i kilka innych fajnych rzeczy.”

Ale generalnie w Toronto większość była raczej zadowolona z warunków, szczególnie ci zakwaterowani w Hotelu X. Może dlatego, że to tam był wspomniany basen na dachu? Dodatkowo wszyscy mieli dostęp do BMO Field, stadionu gdzie gra Toronto FC.

W Edmonton logistka wyglądała nieco inaczej. Zaskakująco wręcz.

Jeden z zawodników, który spędził w bańce kilka tygodniu mówi: „Zdarzyło się, że na zewnątrz nie byłem przez 5 dni.  Część drużyn miała pokoje odpraw z balkonami, więc bez problemu mogli wyjść i złapać trochę słońca.  Pozostali mieli pokoje odpraw w środku hotelu. Bez okien, bez światła z zewnątrz. Cały czas siedzieliśmy w jakimś pomieszczeniu. I o ile nie wyszło się na ‘wybieg dla więźniów’, tzn. dziedziniec, który był cholernym betonowym placem z ciężarówką Tima Hortona na środku otoczonym płotem, to można było zapomnieć o świeżym powietrzu”.

Wspomniany plac nazywany przez zawodników „wybiegiem więziennym”

Sprawiło to, że wielu zawodników irracjonalnie ekscytowała się… jazdą busem na lodowisko treningowe. „Byle tylko popatrzyć przez okno, zobaczyć miasto, kawałek nieba, cywilizację. Jarałem się kurde jazdą autobusem. Jak bardzo jest to smutne??”

Skąd się to brało? Cóż, w Edmonton hotel JW Marriot to miejsce o wysokim standardzie, ale połączenie hotelu z Rogers Place, gdzie rozgrywane były mecze nie było rozwiązaniem idealnym. Oba budynki połączone są bowiem… tunelem!

„Kiedy zmieniliśmy hotel z Sutton Place na Marriota, głupie było to, że mogliśmy nie widzieć słońca w ogóle. Z pokoju szło się do jadalni, z jadalni prosto na lodowisko tunelem. Powrót tą samą drogą. Kolejny dzień wyglądał tak samo. Aż w pewnym momencie zdawałem sobie sprawę, że nie oddychałem świeżym powietrzem od 48 godzin…”

Rozrywki i rodziny…

Drugi ulubiony sport hokeistów? Oczywiście golf! To może wydać się śmieszne, ale to właśnie wycieczki na pola golfowe były dość istotną kartą przetargową w negocjacjach. Zawodnicy mieli to mieć zagwarantowane, ale i to okazało się mrzonką. Tampa Bay Lightning np. siedzi w bańce już ponad 2 miesiące, a na golfa pojechali… raz.

Zawodnik z Zachodu mówi: „Nawet granie w golfa było kłopotliwe. Trzeba było to planować. Co do minuty, i albo jadą wszyscy, albo nikt. I teraz pytanie: która drużyna byłaby w stanie zaplanować coś takiego między 3 a 4 meczem drugiej rundy??”

Ale nie tylko brak wycieczek na golfa irytował zawodników. Hokeista z Zachodu kontynuuje: „Obiecali nam wycieczki: na golfa z całym polem tylko dla nas, na wędkowanie, czy na stadion. Na stadion futbolowy pojechaliśmy raz. Nawet o naszego golfa musieliśmy się prosić. A jak ktoś pojechał wędkować, to dajcie mi znać. Uścisnę mu dłoń.”

Kolejny „zachodni” ciągnie temat dalej: „W broszurach, które nam dali było zdjęcie gościa łowiącego ryby w strumyku w górach. Szybko pojawiły się pytania: o jakich górach oni mówią, kiedy najbliższe są 3 godziny drogi od nas??”

Kolejny poważny zgrzyt to sprawa dołączenia rodzin hokeistów do bańki. Zarówno NHL jak i NHLPA zgodziły się, że rodziny będą mogły dojechać do nich na Finały Konferencji. Szkoda tylko, że obie organizacje nie załatwiły tego z kanadyjskim rządem. W efekcie nikt, każdy kto nie mieszka w Kanadzie na stałe nie mógł wjechać do bańki bez wcześniejszej 14-sto dniowej kwarantanny.

Jeden z weteranów stwierdził: „Myślę, że tak naprawdę nie chcieli zakłócać bezpieczeństwa bańki poprzez sprowadzanie tu osób z zewnątrz. Nie chcieli ryzykować. Obiecali nam to, a później po cichu się wycofali.”

„Nawet jak pojawiła się nić porozumienia z rządem, co chwilę znajdywali inne trudności” – mówi hokeista z Zachodu – „My też zaczynaliśmy mieć poważne wątpliwości.Powiedzmy, że rodzina ma dwójkę dzieci w wieku 2 i 4 lat. I co, one mają później siedzieć przez kilka dni zamknięte w pokoju odbierając tylko jedzenie? Dodatkowo, nasi bliscy musieliby przyjechać do Edmonton samochodem lub przylecieć samolotami, najlepiej prywatnymi, za kupę kasy. To było nie do zrobienia. Mogli rozwiązać to w inny sposób, inaczej to zaplanować. Ale najwyraźniej chyba po prostu nie chcieli, by nasze rodziny tu przyjeżdżały”

Podejście NHL do obecności rodzin w bańce mocno kontrastowało z tym, jakie zaprezentowało NBA na Florydzie, w Orlando.

„Widziałem, że NBA otworzyło nawet szkołę dla dzieci graczy. To jakiś żart? Dlaczego nikt o tym nie pomyślał w naszym przypadku?”

Jeden z zawodników, który zarabia jeszcze poniżej 1 mln. dolarów za sezon, powiedział, że nie było go stać na to, by wynająć swojej dziewczynie prywatny samolot za 50 tys. $. Musiałaby lecieć liniami publicznymi, co znacznie obniżało jej szanse na wejście do bańki. Więc plan był taki, że poleci do Montany, a później przyjedzie do Edmonton autem. Kolejny hokeista mocno wkurzył się, gdy będąc w bańce już któryś tydzień, dostał do wypełnienia ankietę dot. tego, ilu członków jego rodziny chciałoby przyjechać.

„Myśleliśmy, że to wszystko było załatwione już wcześniej. Zadawaliśmy pytania typu: Co to znaczy, że macie limit dostępnych pokoi?? Powiedzieliście nam, że rodziny będą mogły przyjechać, więc po cholerę pytacie nas o te informacje ponownie? To powinno być zrobione i ustalone dawno temu, by ludzie mieli szansę się przygotować!”

Zawodnik z Zachodu przyznaje, że wszyscy bardzo często dzwonili w sprawie rodzin do NHLPA, ale „odpowiedzi było bardzo ciężko uzyskać”.

Gracze ostatecznie uznali, że problemem od samego początku była przejrzystość i klarowność każdej sytuacji.

Zawodnik ze Wschodu mówi: „Chciałbym, aby komunikowali się z nami nieco lepiej. W świetle całej tej sytuacji prosiliśmy o jedno: jasne informacje. Sytuacja jest dla nas dziwna, nie przywykliśmy do czegoś takiego. Więc powiedzcie nam dlaczego jest jak jest. A tak, zamiast mówić nam wprost jaka jest sytuacja, nie wiedzieliśmy nic. To bardzo mocno wpieniło niektórych z nas.”

Seks i używki

A co z innymi aktywnościami?

Zawodnicy mieli dostęp do pełnej obsługi typy „consierge”. Mogli zamówić np. piwo albo wino prosto do pokoju. W Hotelu X w Toronto na dachu mieścił się bar, gdzie zawodnicy z kilku drużyn (ciągle nie wiemy, dlaczego nie wszyscy mieli do tego dostęp) spędzali czas niemal codziennie.

Zawodnik ze Wschodu mówi wprost: „Nie żartuję, w każdym momencie można było tam spotkać 10-15 zawodników z każdej drużyny. Oczywiście jeśli ktoś grał mecz jutro, to w barze go nie było. Ale jeśli ktoś grał mecz pojutrze, to niemal na pewno odwiedzał SkyBar. I to nie byli tylko rezerwowi czy czwartoliniowcy. Przesiadywały tam gwiazdy, młokosy, w zasadzie wszyscy.”

Social Media mogły nieco wypaczyć obraz spędzania wolnego czasu w bańce. Na Instagramie pojawiły się filmiki i zdjęcia zawodników Capitals, którzy popijają wino i bawią się na basenie, co wywołało falę krytyki. Spekulowano, że nic tylko „imprezują i zamienili sobie pracę w wakacje”. Ale jak się okazuje, na luz pozwalała sobie większość.

„Przez to, że kilku młodych zawodników pochwaliło się czymś na Instagramie, wyszło kilka nieporozumień.” – stwierdza Wschodni hokeista – „Ja uważam tak: jeśli jakaś drużyna ma dwa dni przerwy między meczami, nie ważne która, to nie ma nic złego we wspólnym wyjściu. Szczególnie, że nie widzieliśmy się wszyscy wcześniej przez kilka miesięcy. A Ty powiedziałbyś 34-letniemu gościowi, że nie może się zrelaksować przy drinku po meczu, ale po prostu poleżeć na leżaku??”

Jedna z sytuacji poniżej…

View this post on Instagram

Night out with the boys (🎥: @michalkempny)

A post shared by RMNB (@rmnb_blog) on

Zachód dodaje: „Im dalej awansowaliśmy, tym sprawy zaczęły się robić poważniejsze. Nie ma co ukrywać, podczas obozów treningowych i na początku piliśmy i bawiliśmy się nieco częściej. Im dalej w las, tym mniej było zabawy i wszyscy stonowaliśmy”.

Narkotyki? I zawodowy sport? Cóż, popularne są i były… żelki z konopi. „Tak naprawdę to pojawiło się chyba tylko to. Żelki z ziołem i inne ciekawostki typu ciastka z wkładką. Nie wyszło to poza pokoje” – mówi ktoś ze Wschodu.

Hokeista z Zachodu kontynuuje i mówi, że wszystko odbywało się raczej pod kontrolą:

„Były żelki z ziołem, był alkohol, ale jak przyszło co do czego, to w mojej ocenie zawodnicy dawali z siebie wszystko i starali się grać jak najlepiej. Nie sądzę, żeby ktoś pił na umór albo urządzał srogie imprezy. Kiedy ktoś jadł żelki z ziołem, to nie po to, żeby się uwalić na maksa, tylko żeby wyluzować. Wielu z nas pozwalało to zasnąć. Zamiast męczyć się do 4-5 rano, chłopaki jedli po 1-2 żelki i mogli usnąć o 1 w nocy i po ludzku się wyspać.”

Coś, czego było niewiele, o ile w ogóle? Seks.

Weteran ze Wschodu wypowiada się tak: „Cóż, zanim weszliśmy do bańki, niektórzy się zastanawiali, czy ktoś nie będzie próbował wyrwać się na chwilę. Albo czy ktoś będzie chciał przemycić do środka dziewczynę. Ale nic takiego się nie wydarzyło. Wszyscy zachowali się dorośle. To było jasne, że nikt nie chce być tym gościem, który wysadzi wszystko w powietrze i przemyci Covid do środka. Co więcej, byliśmy codziennie testowani i chyba po prostu wszyscy się bali, że coś się może stać. Wszyscy wiedzieli, która drużyna rezyduje na konkretnym piętrze. Jeśli ktoś oby by się tam znalazł, winowajcę byłoby łatwo znaleźć.”

Jak więc widać, nawet nie było jak oszukiwać..

KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ

>>KLIKNIJ ABY PRZECZYTAĆ CZĘŚĆ DRUGĄ! <<

Teksty oryginału: Greg Wyshynski, Emily Kaplan / ESPN / Wszystkie prawa zastrzeżone!

Zdjęcia: własność ESPN oraz Adrian Dater

Czytaj dalej

Copyright © Hockey Magazine + Agencja Greg Media.