Bądź na bieżąco

Felietony

Słodko-gorzka prawda o Bańkach w NHL – część 2

Opublikowano

dnia

nhl hockey bubble

Druga część tekstu, autorstwa Grega Wyshynskiego (@wyshynski) oraz Emily Kaplan (@emilymkaplan), który w oryginale ukazał się na portalu ESPN. Część pierwsza -> kliknij tutaj!

Bańkowe jedzenie.

Kiedy pytamy zawodników o jedzenie w bańce, wszyscy są zgodni: mimo, że były pewne ograniczenia, to jakość była bardzo dobra. „Myślałem, że to będzie jeden z największych problemów (jakość), ale szefowie kuchni w naszym hotelu naprawdę się postarali” – mówi hokeista z Zachodu.

Zawodnicy podkreślają jednak, że i w tej kwestii NHL trochę ich naciągnęła. Ponownie głos z Zachodu: „W informacjach jakie otrzymaliśmy, zapewnili nas, że codziennie będziemy mieć do wyboru 12-15 dań. Na miejscu zaś mogliśmy wybierać z maksymalnie sześciu. Ja osobiście zamawiałem dodatkowo dużo do pokoju. Tutaj też wszystko było ok, poza tym, że wybór był ograniczny”

Na Wschodzie nastroje były nieco inne: „To nie tak, że jedzenie było złe. Po prostu serwowali nam to samo, w kółko, dzień w dzień. Ja wiem, że można się do tego przyzwyczaić, ale na dłuższą metę miałem dość. To wyglądało tak, jakby ktoś powiedział kucharzom, że hokeiści lubią steki. I 5 dni w tygodniu jadłem stek, bo tylko tym dało się najeść.”

Ta monotonia sprawiła, że niektórzy zawodnicy w porze obiadowej zamawiali jedzenie z zewnątrz, które było dowożone do specjalnego punktu odbiorów w bańce. „Odżywianie niektórych poleciało na łeb, bo chłopaki zamawiali Uber Eats dzień w dzień. Nikt tego nie kontrolował, kij wie co tak naprawdę tam zamawiali” – komentuje zawodnik ze Wschodu.

Z czasem zawodnicy zauważyli, po raz kolejny zresztą, że chyba nie wszyscy dostają po równo to samo. Głos ze Wschodu: „Wydaje mi się, że niektóre drużyny dostały nieco lepszy dostęp do kuchni. Gdyby faktycznie okazało się to prawdą, to byłbym bardzo zawiedziony. Jeśli na miejscu zorganizowaliby nam miejsce, gdzie każdy mógł zjeść to co chce, to gwarantuję, wszyscy by z tego korzystali. Prosta sprawa, która powinna być zorganizowana. A nie była.”

Niesprawiedliwość kulinarna naprawdę istniała? Posłuchajmy dalej…

„Właściciele niektórych drużyn posiadają też restauracje lub hotele… Mogli zorganizować swoje kuchnie w bańce i zarobić trochę kasy. Odrobić straty. A tak mieliśmy sytuację, gdzie podnosiło się larum i komentarze typu: ‘Nie wierzę, że Filadelfia dostała to i to. My też powinniśmy!’”

Zawodnicy narzekali także, że nie zadbano o wszystkie posiłki w ciągu dnia i trzeba było sobie radzić samemu. Zamawiając np. room service do pokoju. Za swoją kasę.

„Ja nie mam nic przeciwko zamawianiu jedzenia, ale powinni byli zapewnić miejsce, gdzie można byłoby zjeść co się chce bez względu na wszystko. Powinni nam to zapewnić. Wielu to denerwowało” – mówi kolejny Wschodni weteran – „Płacą nam duże pieniądze, niektórzy z nas mieli rachunki w nosie, ale ja tak jak kilku innych zawodników jesteśmy w zupełnie innym miejscu kariery. Dla naszych młodych zawodników ta sytuacja nie była komfortowa, bo mają niskie kontrakty, a w ten sposób pieniądze szybko uciekają”.

Szokiem dla zawodników były więc rachunki przy wymeldowaniu.

„Chłopaki się wymeldowywali, a ich rachunki za room service i dodatkowe posiłki opiewały na tysiące dolarów. TYSIĄCE!” – mówi zawodnik ze Wschodu. „To było żałosne. To jak pojechanie na wakacje all-inclusive opłacone z góry, na końcu której czekała cię nieprzyjemna niespodzianka. Chłopaki zastanawiali się „What the fuck??”. Niektórzy autentycznie się tym zdołowali, bo nie mają milionowych kontraktów. NHL i kluby mogły lepiej to rozwiązać. Jedzenie powinniśmy mieć w całości zapewnione.”


Bliskość przeciwnika

Wszyscy zastanawiali się, jak to będzie, gdy wszystkie drużyny znajdą się w jednej, małej przestrzeni. I faktycznie, wspólne restauracje, siłownie i czas spędzony w jednej windzie powodowały czasem pewne niezręczne interakcje.

„Kiedyś, gdy coś wydarzyło się w meczu, a potem spotykało się delikwenta w hotelu, to reakcje były pokroju „wal się gościu” – relacjonuje zawodnik ze Wschodu. „Teraz jadąc po jakimś incydencie na lodzie z drugim typem w windzie nie mówiło się nic…. ale oboje wiedzieliśmy. Nie ważne czy grałeś w czwartej linii, czy prowadziłeś atak w przewadze, to był mecz i tam wszelkie niesnaski powinny się skończyć. Staraliśmy się zachować dorośle. Napięcia były, ale wszyscy mieliśmy z tyłu głowy myśl: „Jedziemy na tym samym wózku, nie komplikujmy tego bardziej”.

Kolejny hokeista dodaje: „Było ciężko, bo niektórym miałem ochotę urwać łeb na lodzie. Nie chciałem się z nimi później widzieć czy mijać. To stworzyło kilka interesujących sytuacji, które zachowam dla siebie. Szczerze mówiąc, unikałem często kontaktu wzrokowego.”

W rzeczywistości, zawodnicy uważają, że ze wszystkich bezprecedensowych dziwactw bąbelkowego życia, mieszkanie z przeciwnikami czasem przez sufit było zdecydowanie jednym z tych najdziwniejszych.  

„Spotykanie zawodników z innych drużyn było naprawdę dziwne. Nawet jeśli liga starała się ograniczać te nasze kontakty, te się zdarzały. Nawet jeśli widziało się kumpla z innej drużyny, z którym masz dobry kontakt, to pojawiały się myśli ‘Witać się z nim w ogóle, czy nie?’. Albo sytuacje z restauracji, jesz sobie spokojnie a do stołu obok siadają trenerzy przeciwników. To było zbyt dziwne. Może w innych sportach takie coś to norma, ale w hokeju to coś nowego, coś do czego nie przywykliśmy.”

Atmosfera meczy

W telewizji restart NHL wyglądał ciekawie i efektownie. Trybuny przykryto wielkimi płachtami materiału, by te nie raziły za bardzo w oczy. Dodawano nawet odgłosy kibiców to transmisji. Ale w hali było nieco inaczej, a do tej sytuacji zawodnicy musieli się przyzwyczaić.

„Dla zawodników, którzy przywykli do gry przy pełnych halach z szalonymi i głośnymi kibicami, ta sytuacja była bardzo, bardzo inna.” – mówi weteran ze Wschodu – „Oczywiście nie da się tego porównać do zwykłych play-offs. Czyliśmy się jak na meczach amatorów. Ale z czasem wszyscy zrozumieliśmy, że to jest nasza jedyna szansa, by grać teraz w hokeja. Tak musiało być i już.”

Publicznie żadna z drużyn nie przyznała, że brak fanów miał wpływ na ich porażkę i eliminację. Ale Vegas Golden Knights narzekali np. na brak wyraźnej przewagi własnego lodu. A prywatnie wszyscy bez wyjątku przyznali, że bez fanów czasem ciężko było im się zmotywować.

Zawodnik ze Wschodu komentuje: „Wiem, że nikt tego nie powie głośno, ale w meczach eliminacyjnych, gdzie graliśmy o rozstawienie, niektórym nie chciało się wstawać. Ciężko było o motywację. Nie da się wejść w tryb ‘play-offs’ po pięciu miesiącach niegrania. A pierwszy mecz w pustej hali był straszny.”

„Było cicho” – mówi zawodnik z Zachodu, dla którego to były pierwsze play-offs – „Emocje zapewniali nam głównie koledzy: duży hit, zablokowany strzał czy też gol. To nam dawało kopa, ale to nakręcenie trzeba było utrzymać na ławce, a potem w hotelu. Bez głośnych fanów o utrzymanie momentum było bardzo ciężko.”

Jeden z weteranów z Zachodu, dla którego były to kolejne play-offs z rzędu powiedział, że pusta hala była dla niego szokiem, który jednak szybko minął.

„Kiedy jesteś w fazie play-off, w normalnych warunkach, w budynku jest wyczuwalna energia. Czujesz moc ludzi zaraz po wyjściu na lód. Tego mi brakowało, ale kiedy zaczynał się mecz, rywalizacja brała górę. Po chwili nie zauważałem już braku fanów.”

W telewizji odgłosy z trybun były integralną częścią transmisji. Szło to sprawnie głównie dzięki pięciosekundowemu opóźnieniu. W hali na miejscu również  puszczano niektóre odgłosy, ale było to o wiele bardziej chaotyczne.

„Dla mnie to było mało przyjemne. Czasem odpalali głośne ‘Waaaaaah’ po wrzutce na bandę, a ja się zastanawiałem ‘po co to teraz włączyli??’”

Zawodników w większości to jednak nie rozpraszało, a wielu uznało, że to całkiem zabawne.

Zawodnik z Zachodu mówi: „To trochę śmieszne. Słyszałem odgłos tłumu w różnych sytuacjach, niezbyt głośno, ale słyszałem. A jak dostałem karę, to kompletna cisza. Bez sensu, mogli przynajmniej włączyć jakieś buczenie.”

A co sądzą o jakości gry? Oto jak opisał to zawodnik ze Wschodu: „Hokej to hokej. Nie sądzę, byśmy grali wolniej i mniej intensywnie. Nie powiem ci, czy to był prawdziwy hokej z play-offs. Ale poziom był dobry.”

Temat kończy zawodnik z Zachodu: „Rozmawialiśmy o tym, które drużyny naprawdę chciały grać w bańce, a które jak najszybciej chciały jechać do domu. Jedno jest pewne, wszyscy uważaliśmy, że ktokolwiek by nie wygrał w tym roku, zwycięstwo byłoby w pełni zasłużone. To doświadczenie, które zapamiętamy na zawsze. Ta sytuacja spowodowała, że być może w tym roku zdobycie Pucharu było jeszcze cięższe.”


O bańce w przyszłym roku.

Na dzień dzisiejszy nikt nie wie jak będzie wyglądać sezon 2020/2021, ani zawodnicy, ani drużyny, ani nawet liga. Trwają prace nad kalendarzem i modelami finansowymi, które biorą pod uwagę każdy możliwy scenariusz. Rozważa się skrócenie sezonu czy też ograniczenie podróży. Niektórzy zastanawiają się, czy bańki wrócą również na start sezonu?

Ale czy zawodnicy zgodziliby się ponownie na bańkowy scenariusz? Zdania są podzielone.

„Bez szans na pełen sezon. Na play-offs raczej też nie” – mówi zawodnik z Zachodu. „Uważam, że możemy zagrać cały sezon bez bańki. Przylatujesz, gracz mecz nawet przy pustych trybunach, wylatujesz. Przy zachowaniu zasad bezpieczeństwa byłoby to do zrobienia. Bańka na play-offs też jest niepotrzebna.”

Inny zawodnik z Zachodu mówi z kolei, że do bańki mógłby wrócić. Jeśli byłaby taka konieczność oczywiście. Ale jak mówi, jego koledzy zapewne nie byliby tak chętni jak on. „Jeśli liga chciałaby to zrobić ponownie, opór byłby ogromny. Teraz wszyscy zrozumieli powagę sytuacji, i fakt, że inaczej na szybko nie dało się tego zorganizować. Ale teraz jest czas, by wszystko zorganizować w inny sposób.”

Kilku zawodników powiedziało, że rozważyłoby opcję wejścia do bańki, ale tylko na play-offs. „Zrobiłbym to ponownie, ale tylko na PO. Nie zgodziłbym się, aby grać tak sezon regularny. Puchar Stanleya to nagroda, o której marzę więc jakby ktoś mi powiedział ‘Jedyną możliwością, abyś wygrał Puchar jest gra w bańce’ to tak, zgodziłbym się. Nie wiem ile lat kariery mi zostało, więc korzystałbym z każdej możliwej okazji by go wygrać na maksa.”

Kolejny zawodnik z Zachodu mówi, że jeśli bańki miałyby wrócić, trzeba by je mocno zmodyfikować. „Zgodziłbym się wejść do bańki, w dowolnym momencie, gdyby mogły być tam z nami nasze rodziny. Albo chociaż żona czy dziewczyna.”

Weteran z Konferencji Wschodniej z kolei zapewnia, że na pewno nikt nie zgodzi się na „bubble” ponownie. „Nie. Nie ma szans. Żadnych. Nie można na to więcej pozwolić. W tym sezonie, ok, nie było wyjścia. Wiedzieliśmy co robimy i rozumieliśmy, że tak trzeba. Ale dla takiego gościa jak Tuukka Rask, to było za wiele. Bez względu na motywację, ta sytuacja pokazuje, jak ciężkie jest takie zamknięcie.”

Ale nawet taki negator baniek ostatecznie po chwili namysłu mówi, że i tak by to rozważył.

„Jeśli byłoby to jedyne wyjście… cóż, niektórzy nie grali w hokeja już 7 miesięcy! Jeśli ta sytuacja potrwa jeszcze dłużej, oni dostaną w końcu świra. Hokej to ich życie. Dojdą do punktu w którym powiedzą ‘Dobra, walić to. Grajmy w tej bańce.’”

Innymi słowy, zawodnicy chcą grać, chcą wrócić na lód. To było główną motywacją dla NHL i NHLPA, by zorganizować ten turniej w Toronto i Edmonton. Ostatnie dwa miesiące potwierdziły słuszność tej koncepcji. Wiedzą, co było w porządku. Wiedzą, co nie zadziałało tak jak chcieli. I wyciągnęli lekcję. Jeśli zajdzie konieczność stworzenia kolejnych baniek w przyszłym sezonie, zawodnicy są przekonani, że wspólnie uda im się wypracować z NHL porozumienie, które pozwoli lidze na organizację lepszych baniek.

Całość kończy wypowiedź zawodnika ze Wschodu.

„Myślę, że z wiedzą jaką mamy teraz, możemy wspólnie zorganizować całość o wiele lepiej. Brzmi to może jak deklaracja szaleńca, ale jak bym wszedł do bańki ponownie.”

Teksty oryginału: Greg Wyshynski, Emily Kaplan / ESPN /

FOT. Adrian Dater

Czytaj dalej

Copyright © Hockey Magazine + Agencja Greg Media.